aktualnosci sklep kontakt
    spis  
fragmenty
 
recenzje
 
Jurij Andruchowycz
Ołeksandr Hrycenko
Jurij Izdryk
Jurko Prochaśko
Mykoła Riabczuk
Oksana Zabużko
 
Sny o Europie
fragment
 

 

Jurij Andruchowycz
Kraj marzeń

(...)
Czy Polacy są zazdrośni wobec nas o Rosję? Innymi słowy, dlaczego wciąż jeszcze zależy im na Ukrainie?
W odróżnieniu od Rosjan kijowsko-ruski mit do niczego nie jest i nigdy nie był im potrzebny - mieli dość własnych mitów dla legitymizacji swego państwa i narodu. Nawet najbardziej zajadli szowiniści nie pozwalali sobie uważać Ukraińców za plemię należące do "tego samego narodu" - chyba że w najdawniejszych czasach, o których wiadomo tylko tyle, że niegdyś bywały. Jeśli zaś chodzi
o idealistyczne hasło: "Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy" - kolejne wcielenie typowo polskiego: "Za naszą
i waszą wolność!" - to jego bezpodstawności dowiedli już nawet ludzie tak źle poinformowani, jak komisarze europejscy.
Czyżby w takim razie Polakom chodziło tylko o to, że przystając na Ukrainę pod Rosją, utracą za granicą część własnego - no tak, europejskiego! - dziedzictwa kulturowego? Czyżby po dziś dzień Lwów, Drohobycz
i Krzemieniec z całym tym postradzieckim śmietniskiem mimo wszystko wydawały im się warte tej beznadziejnej wojny, która zapowiada się już nawet nie na trzydziestoletnią? Wojny pod nazwą: "europejski wybór Ukrainy"?

3.
Kiedy mówię o beznadziei, w istocie nie chodzi mi o wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną - jeszcze nie wiadomo, jak taka wojna by się skończyła.
W rzeczywistości wojna między tym, co rosyjskie, a tym, co polskie, o którą mi chodzi, toczy się wewnątrz,
w świadomości przeciętnego Ukraińca. To wojna stereotypów w tejże świadomości. Nie, nie odwołuję się do żadnych badań socjologicznych - raczej do własnej, wewnętrznej socjologii, sumy doznań zebranych
w kontaktach, sprzeczkach, obserwacjach, rozczarowaniach, podróżach, mediach, przez skórę, słuchem i niuchem. Nazwałbym to swego rodzaju próbą fikcyjnej socjologii, aż ziejącą pustką po cyfrach i danych - zamiast nich używam niejasnego pojęcia "przeciętnej świadomości Ukraińca".
Można to uznać za zabawę dyletanta. Być może jest to próba wyjaśnienia sobie i innym, czemu choćby 300 tysięcy ludzi ani razu nie wyszło na ulice, by zaprotestować przeciw temu, że ich, szczerze mówiąc, niezbyt popularny prezydent oddaje Rosji kolejny kawałek rurociągu, niezależności, wolności, godności. W tej "przeciętnej świadomości" musi tkwić coś takiego, co gwarantuje bezkarność temu gwarantowi.
Wracam więc do stereotypów, a ściślej - do tego, jak je sobie wyobrażam. Kolejny raz dzielę kartkę papieru pionową kreską na dwie połowy. Tym razem po jednej stronie mam Polaków, po drugiej - Rosjan. I wychodzi mi, że:
Rosjanie są bezpośredni i szczerzy - Polacy chytrzy
i obłudni;
Rosjanie są wielcy i wspaniali nawet w swoich zbrodniach - Polacy zapobiegliwi i małostkowi nawet w swych wielkich czynach;
Rosjanie, zdolni do współczucia, oddadzą ostatnią koszulę - Polacy prędzej ją zedrą;
Rosjanie są "swoi", prawosławni - Polacy to katolicy, "jezuici";
Rosjanie to dobrotliwi pijacy - Polacy to wyrachowane skąpiradła;
Rosjanie są "ludzcy" - Polacy "pańscy";
Rosjanie klną, za to szczerze - Polacy zaś udają, że przepraszają;
Rosjanie nie mają zakusów wobec Ukrainy, chcą z nią żyć razem w jednym państwie - Polacy mają zakusy wobec Ukrainy, bo chcą mieć Lwów;
Polska jest za granicą - Rosja tam, gdzie i my,
"w Związku".
Dość, kończę tę nieco masochistyczną rozrywkę, nie zapisawszy do końca nawet jednej kartki. Gołym okiem widać, że stereotypy dotyczące Rosjan są dużo bardziej pozytywne. Ciekawe, na ile prawdziwa socjologia potwierdziłaby moją wewnętrzną? Jak okrutnie przygniatający byłby wynik? Na ile porównywalny ze stosunkiem liczby rosyjskich i polskich filmów
w ukraińskiej telewizji, rosyjskiej i polskiej muzyki
w ukraińskim radiu? Nie mówiąc już o stosunku rosyjskich
i polskich gazet w ukraińskich kioskach - coś takiego jak "Gazeta Wyborcza na Ukrainie" po prostu nie istnieje [wszystkie najważniejsze gazety rosyjskie mają swe wydania na Ukrainie, np. "Izwiestia w Ukrainie"; są one wpływowe i mają ogromne nakłady - przyp. tłum.].
Pomnóżmy to przez liczbę niezmiennie chamskich
i skorumpowanych celników, niegodziwych pracodawców
i - Panie Boże, przebacz! - niezbyt sympatycznych starych i hałaśliwych ludzi, którzy ostatnimi czasy tłumnie krążą po Lwowie z aparatami fotograficznymi, wyraźnie naśladując tłumy swych niemieckich rówieśników, powiedzmy, we Wrocławiu.
Dodam też nieszczęsne wizy wprowadzone przez Polskę, co przeciętnego Ukraińca utwierdza jedynie w mniemaniu, że Polacy w rzeczywistości nas nie lubią i że jesteśmy dla nich interesujący głównie jako tania siła robocza.

4.
Polonofobów - znowu czuję to przez skórę i wyczuwam podskórnie - mamy znacznie więcej niż polonofilów. Przekrój socjologiczny tych pierwszych jest nadzwyczaj szeroki - należą tu warstwy, które być może tylko
i wyłącznie w tym jednym punkcie - polonofobii - nie stoją na antypodach. Nienawiść do Polaków mogłaby zapewne pojednać weterana UPA i kombatanta z NKWD, gdyby choć raz w życiu przyszło im na myśl porozmawiać ze sobą na ten temat. Pozbawiony wszelkich praw gastarbeiter mógłby znaleźć w tym punkcie wiele wspólnego
z nomenklaturowym profesorem historii, a może nawet
z którymś z byłych ambasadorów niepodległej Ukrainy
w Polsce.
Polonofile natomiast (mówię o tych prawdziwych, a nie
z urzędu) to dość wąska - porównywalna pod dwoma zasadniczymi względami do rosyjskich dekabrystów - ściśle określona grupa społeczna: "agenci zza pagórka"
i niedobitki demoliberałów. Innymi słowy, są to ludzie, którzy polubili Polskę i Polaków z własnego przekonania
i wyboru, najczęściej czysto estetycznego - ktoś za młodu nasłuchał się Niemena czy Grechuty, ktoś naczytał się Lema czy Różewicza, ktoś zna niemal na pamięć Tuwimowski "Bal w operze" w przekładzie Mykoły Łukasza, ktoś po prostu zachłysnął się kulturą polską lub choćby "Kulturą" paryską. Ktoś do dziś przegląda polskie tygodniki ilustrowane prenumerowane przez rodziców
w czasach komunizmu, kogoś do dziś bawią karykatury Mrożka na ich łamach, ktoś inny po raz pierwszy w życiu przeczytał "Zamek" - właśnie po polsku, bo znaleźć Kafkę po rosyjsku (nie mówiąc o ukraińskim) było marzeniem ściętej głowy.
Czy tych ludzi można uznać za wspólnotę? Bez wątpienia tak. Czasem mam wrażenie, że wszyscy znają się osobiście lub przynajmniej - jak przystało na prawdziwych agentów - wysyłają sobie sygnały na odległość. Czy można ich uważać za wspólnotę wpływową, która zdoła zmienić we własnym kraju "stereotypy przeciętnej świadomości"? Nie jestem pewien. Bez tego jednak nie widzę sensu ich, naszego, mojego istnienia.

5.
Mój wybór to wybór jednego z nich. Spowodowany mnóstwem widzialnych i niewidzialnych nici, lecz
w szczególności tym, że:
- w maju 1989 roku na krakowskich Plantach dostałem
w brzuch potężnym strumieniem z milicyjnej armatki wodnej, niestety, nie jako uczestnik, ale jako obserwator antyradzieckiej demonstracji, co stało się dla mnie sygnałem do powstania (osobistego, powstania mnie we mnie);
- lecz jeszcze wcześniej, jako uczeń szkoły średniej, wysłuchiwałem surowych napomnień nauczycielki rosyjskiego: "Nie wolno wam tykać się tego świństwa - durnych polskich pisemek", a potem, nieco później, już jako student słuchałem wykładów z naukowego komunizmu i pokwikiwania profesora: "Michnik! Kuroń! Kuroń! Michnik!";
- a w 1994 r. poznałem Kuronia, w 1999 zaś - Michnika,
i było to niczym materializacja duchów młodości, a tamten profesor za każdym razem kwiczał w swych zaświatach;
- i właśnie w taki sposób, poprzez Polskę, powracał do mnie wciąż od nowa smak, strach, śmiech, szał moich inicjacji;
- bo przecież dawniej jako uczeń szkoły średniej dzień
i noc słuchałem (nie zagłuszali!) polskiego radia, bo puszczali rocka;
- czyli w Polsce pozwalano na to wszystko, czego u nas zabraniano;
- no, prawie wszystko;
- a z tego wszystkiego sam z siebie wyłaniał się i wyłania jakiś zakazany wniosek - na przykład taki, że oszukują nas w naszym kraju: i w tamtym, radzieckim, i w tym, który
z niewiadomych względów uważa się za nie-radziecki;
- dlatego w maju 1989 r. chodziłem w Krakowie pod pomnik zielonego poety Mickiewicza słuchać głosów dysydentów nagłośnionych i zniekształconych przez megafony;
- a już w czerwcu, czyli po miesiącu, zobaczyłem, jak ten ruch wyzwoleńczy przenosi się do nas przez te same, pożyczone z Polski megafony, i zrozumiałem, że jesteśmy na dobrej drodze;
- co prawda do dziś nie wiem, czy to myśmy z niej zboczyli, czy też nasza droga okazała się dużo dłuższa od polskiej;
- a wszystko, co się stało w latach 90., w rzeczywistości oddalało nas, a nie zbliżało - choć i my, i Polacy mniej więcej w tym samym czasie i jednakowo katastroficznie pozbywaliśmy się romantyzmu, ale pewnie jakoś inaczej;
- dlatego że Polaków, podobnie jak nas, szczerze mówiąc, ukształtował romantyzm, a to niezbyt pewna podstawa;
- ale oni, w przeciwieństwie do nas, zawsze zachowali krytyczną masę niesprzedajnej i romantycznej inteligencji;
- i mimo to w ciągu tych lat, kiedy się oddalaliśmy, poznałem setki najwspanialszych Polaków (i Polek) -
a były to postaci przeważnie szalenie utalentowane, artystyczne, plastyczne, drastyczne, heretyckie
i feeryczne, a najczęściej płomienne;
- a ilość wódki, którą z nimi wypiłem, znacznie przewyższa ilość wypitą z Rosjanami, choć z Rosjanami wypiłem jej wiele;
- i dlatego Polacy lat 90. to dla mnie szczególny stan ludzkości;
- to taka bardzo młoda ludzkość, która ostatecznie wyzwoliła się i na łeb na szyję rzuciła się w amfetaminę istnienia, samo-wypełnienia, wzbogacania życia;
- nie wiem, pewnie tak naprawdę było ich zaledwie 0,000001 procenta, a mój problem polega na tym, że poznałem tylko ich, czyli że nie znam prawdziwych Polaków;
- dlatego w październiku 2003 r. na lotnisku we Wrocławiu tak zgrzytałem zębami przez te dwie suki wopistki, które nie wpuszczały mnie właściwie do domu;
- bo przecież przez te wszystkie lata Polska oznaczała dla mnie wolność, i gdziekolwiek przekraczałem jej granice, od razu czułem się jak w domu;
- i nawet gdy sami Polacy twierdzili, że ich kraj jest do dupy, to tylko kiwałem głową: oj, nie widzieliście wy prawdziwej dupy;
- bo nikt z moich rodaków nie zaprzeczy, że gdy tylko przekroczymy tę pierwszą granicę i ruszymy wreszcie naprzód przez ich, obce, polskie terytorium, każdego z nas ogarnia niesamowite uczucie ulgi;
- bo zawsze dobrze mieć na zachód od siebie jakąś krainę marzeń - jeśli już nie wzorzec do naśladowania, to chociaż przedmiot zazdrości;
- dla Polski będą to Niemcy, dla Niemiec - Francja, i tak dalej, bo dalej nie wiem, co może być lepsze od Francji? Ameryka??;
- ale mnie wystarcza Polska - skąd codziennie nadchodzą rozpaczliwe pytania: "Czy naprawdę już po wszystkim? Czy naprawdę was sprzedali?" - z jakiegoś powodu tylko od nich, Polaków;
- a ja kolejny raz sam sobie zadaję pytanie: no dlaczego wciąż ich to obchodzi?
Dlaczego znowu się wtrącają? Co to, jakieś szczególne poczucie odpowiedzialności za nas wszystkich?
A może jednak wierzą, że się doczekają?

przełożyła Ola Hnatiuk

 

 

 

katalog
autorzy
zapowiedzi
dystrybutorzy
podrouze
linki